Pocałowałam Dudka po raz przedostatni

Agnieszka Domanowska


    Przez pierwsze lata byliśmy krwistym małżeństwem. Uprawialiśmy seks, kochaliśmy się jak zwierzęta. Ale od tego dnia baliśmy się do siebie dotknąć.

    Znam się na ludziach martwych. Z zimnymi jest łatwiej. Nie trzeba o nich walczyć, nie trzeba walić głową w mur, nie trzeba się poniżać, robić z siebie debila. Jak człowiek oddycha, zaczynają się schody.

    To ja, Maria Rydzewska-Dudek, patolog. Przez siedem miesięcy walczyłam o każdy oddech mojego męża. Przegrałam...

    Historia mojej drugiej miłości

    Pierwszy raz zobaczyłam go na studiach. Mieliśmy ćwiczenia z neurochirurgii. Poszliśmy obejrzeć operację. Ubraliśmy się w te fartuchy, czepki i maski. Stałam niedaleko stołu. Operował profesor Henryk Dudek. Widziałam posturę, jego oczy, słyszałam jego głos. Dla mnie - młodej studentki - to było coś niesamowitego. A byłam już wtedy mężatką. Chwilę go pamiętałam, później zapomniałam.

    Jak skończyłam studia i zaczęłam pracę w Zakładzie Medycyny Sądowej, potrzebowałam konsultacji neurochirurgicznej. Poradzono mi, żeby pójść do profesora Dudka. Poszłam. Najpierw się umówiłam telefonicznie. Usiadłam na korytarzu, na takiej niskiej drewnianej ławce, przy drzwiach bez klamki. Widzę, że z daleka idzie wspaniały mężczyzna. Podchodzi i pyta majestatycznym głosem:
    - Na kogo pani czeka?
    - Na profesora Dudka.
    - Oho. To ja.

    To było moje drugie spotkanie. Od tego dnia przez kolejne dziesięć lat pracowaliśmy razem. Z biegiem czasu zorientowałam się, że do profesora czuję coś więcej, niż tylko szacunek. Po kilku latach rozpadła mi się rodzina, umarł mąż. Wtedy odważyłam się i powiedziałam profesorowi, że go kocham. A profesor: - To dobrze się składa, bo ja panią też kocham.

    Zaczęliśmy wspólne życie. Na początku zorientowałam się, że jako wdowiec od dwudziestu lat, klasycznie zaniedbał swoje zdrowie. Zajęłam się tym i okazało się, że w śródpiersiu ma ogromnego tętniaka. Najpaskudniejsza w świecie lokalizacja. Zachodził na łuk aorty.

    Operacja na takim tętniaku wiązała się z olbrzymim ryzykiem śmierci na stole. Wspólna decyzja: Nie ruszamy i udajemy, że cholerstwa nie ma. Codziennie utwierdzałam go w tym, że to dobra decyzja. Podczas sekcji zwłok wykrywałam tętniaki u ludzi, którzy ginęli w wypadkach samochodowych. I nie były one przyczyną zgonu.

    Nadszedł ten dzień

    Przez pierwsze lata byliśmy krwistym małżeństwem. Uprawialiśmy seks, kochaliśmy się jak zwierzęta. Kiedy do naszego związku wszedł tętniak - baliśmy się siebie dotknąć. Później łapaliśmy każdą chwilę razem, żeby się sobą nacieszyć.

    Ale ten dzień w końcu przyszedł. 30 stycznia 2007 roku. Czułam, że coś się dzieje. Od jesieni widziałam, że czuje się gorzej, męczy się szybciej. Obudziłam się w nocy. Mój Dudek siedział na łóżku. Nogi spuszczone. Ciężko oddychał. Duszność. Typowa. Poleciałam zadzwonić po karetkę. Profesor krzyczał: Nie trzeba! Nie posłuchałam. Przyjechała piorunem.

    W szpitalu szybka diagnostyka. Najpierw tomografia. Nie było wątpliwości. Tętniak pękł. U Dudka okazał się łaskawy. Pękał stopniowo. Niektóre potrafią zabić w ciągu minuty, a inne - łaskawsze - jak ten, siąpią powoli. Błyskawiczna decyzja o przeniesieniu go do szpitala klinicznego. Nie można czekać ani sekundy. I pierwsza kłoda pod nogi. Bo była godzina za dwadzieścia ósma. A to oznaczało, że ze szpitala wojewódzkiego, który miał wówczas dyżur, trzeba było przenieść Dudka do klinicznego, który jeszcze dyżuru nie miał - zaczynał za dwadzieścia minut. Na kardiochirurgii powiedzieli, że absolutnie, jeszcze dyżuru nie mamy, nie przyjmiemy. To doktor z wojewódzkiego, za co jestem mu wdzięczna, zadzwonił do rektora Akademii Medycznej, któremu jestem wdzięczna, ten zadzwonił do dyrektora szpitala klinicznego, i jemu też jestem wdzięczna, a dyrektor szpitala klinicznego zadzwonił do dyżurnego, który przyjął na oddział Dudka, i jemu też jestem wdzięczna.

    I tak za pięć ósma mój Dudek był już na oddziale we właściwym szpitalu. Zebrali się nad nim wszyscy święci. Powiedzieli, że trzeba będzie operować. Dudek przerażony trząsł się ze strachu. Ale jak to on - nie chciał dać tego po sobie poznać. Powiedział na koniec tym swoim majestatycznym głosem: - Panowie, oddaję się w wasze ręce. Róbcie wszystko, co trzeba, dla dobra nauki. I złożył swój zamaszysty podpis. Tak powieźli go na tym wózku. Ja leciałam za nim. Obok mnie dwóch kolegów. W zielonych fartuchach, jak te zielone anioły, wszyscy za Dudkiem do drzwi bloku operacyjnego. One się otworzyły. Pocałowałam go na pożegnanie. To był przedostatni raz, kiedy pocałowałam go jako świadomego człowieka.

    Buch. Brama zamknęła się na kilkanaście godzin.

    Po operacji nie obudził się. Zapadł w śpiączkę. Jako medyk sądowy oceniałam jego stan przez trzy doby po operacji jako stan śmierci mózgowej. Pojechał na tomograf. Bałam się, że powiedzą mi: "To koniec. Odłączamy od aparatury". Nie usłyszałam. Ale metabolizm mózgu został poważnie naruszony. Przez pierwsze dni po operacji miał bardzo napięte mięśnie palców. Moim zdaniem mogła to być pierwsza faza stężenia pośmiertnego. W trzeciej dobie straciłam już głos od nieustannego nawoływania: "Heniu! Heniu! Obudź się!". Palce przestały być sztywne. Całkowicie zwiotczał. To miał być albo koniec, albo początek.

    Jednak początek

    I tak zaczęła się siedmiomiesięczna walka ze służbą zdrowia. Wracały odruchy pnia mózgu. Pojawiły się takie malutkie oznaki powracania do nas. Razem z synem Heńka z radością oznajmialiśmy to lekarzom. Patrzyli na nas jak na wariatów. Przekreślili go.

    Nie poddałam się.

    Zamieszkałam w szpitalu. Siedziałam na tej neurochirurgii i widziałam tam tyle złego, no, tyle nieprawidłowości, że mnie, Marii Rydzewskiej-Dudek, krew mroziło w żyłach. Pewnego razu patrzę, a mój mąż zaczyna ruszać barkami. Najpierw wolno, potem coraz silniej. A taki młody lekarz mówi do mnie: - Oddech ćwiczy. To normalne.

    Ale to było coraz silniejsze. Patrzę, spada saturacja. Matko Boska, co robić? Zaczęłam się awanturować. Przyszedł starszy lekarz i mówi: "O, (słowo niecenzuralne) on się dusi! Dusi się!". Wyjęli rurę intubacyjną. Okazało się, że była zapchana wydzieliną, takim glutem. Była mechanicznie zap-cha-na. I on się dusił! Gdym nie zaczęła krzyczeć i posłuchała młodego konowała, tobym siedziała przy jego łóżku i cieszyła się, że mąż ćwiczy oddech. A on by się zadusił na moich oczach! Ha, jakie to proste.

    Kolejna akcja. Zaobserwowałam, że przez jedenaście dni Dudek się nie wypróżniał. Myślę sobie: Za długo. Też młody lekarz miał dyżur.
    - Panie doktorze, to jest jedenasta doba, poproszę o interwencję.
    - Damy czopek - usłyszałam.

    No, czopek po jedenastu dniach? Tylko pogratulować. Dostał czopek, wydusił małego bobka. No, tak to nie będzie! Znowu zrobiłam awanturę. - Nie wyjdę, dopóki nie zobaczę pełnego basenu. Wie pan, co to jest niedrożność mechaniczna? To niedrożności kałowa! - mówię mu.

    Wreszcie siostry zrobiły lewatywę. No i inna piosenka. Ja doskonale pamiętam cztery przypadki osób chorych z innych powodów, które umarły na niedrożność kałową. Robiłam im sekcję. To takie prozaiczne rzeczy, taka mizeria naszej egzystencji: mocz, stolec. A może człowieka zabić.

    Pojechałam kiedyś na sekcję zwłok do Łomży. Umarła upośledzona kobieta z domu pomocy społecznej. Lekarz mi mówi: Ta pani trafiła do nas, bo miała stan podgorączkowy, stwierdziliśmy sepsę. Umarła. Była u nas trzy dni. Widzę tę kobietę, a ona ma zielony brzuch. Zielony. Podeszłam do zmarłej, pomacałam. Wzięłam rękę tego niedojdy lekarza, co to sepsę stwierdził, i mówię: - Macaj. Jak jej za życia nie pomacałeś, to macaj teraz. Dwa guzy jak pięści, widać było nawet gołym okiem. To kamienie kałowe. W życiu by ich nie wydaliła, wymagała operacji. Mogła dalej żyć. Najbardziej typowy błąd lekarski zakończony śmiercią człowieka - ale kogo obchodzi chora pani z DPS-u? Nikt nie zapłakał. Ale lekarzowi powiedziałam prosto w oczy: - Błaźnie! - Tak do niego mówię. - Ty sepsę wykryłeś?

    Tacy jak on wierzą tylko w tomografię, rezonanse, jakieś inne sranse, a zapominają porozmawiać z pacjentem - zapytać, powąchać, pomacać. To najprostsza procedura, która kosztuje zero. NFZ nie przewiduje choćby złamanego punktu za zwykłe zainteresowanie pacjentem.

    Kropla po kropli

    Wracając do Dudka. Na kardiochirurgii był dwa tygodnie, później przeniesiono go na neurologię. Trafił na taki mały OIOM-ik. Oddział cacy. Pracuje tam najlepsza brygada w szpitalu. Anioły. Pacjenci leżą miesiącami i nie mają odleżyn. Lekarz prowadzący Dudka powiedział, że zostanie na oddziale tak długo, jak to będzie konieczne. Ja dodałam: - I ani dnia dłużej. Amen.

    Była raz taka sytuacja, że musiałam wyjść ze szpitala na kilka godzin, jakieś tam sprawy zawodowe. Wracam, a Dudek spuchnięty. Trzy razy większy, niż jak go zostawiałam. Patrzę: jedna kroplówka, druga leci i jeszcze worek żywieniowy przygotowany. Pompują w niego te płyny, a on puchnie i nikt nic. Mówię do lekarzy: - Róbcie coś. Na własną odpowiedzialność wyłączyłam te kroplówki. Siedziałam do północy i liczyłam kroplami bilans płynów. Patrzyłam, ile wydala do worka podłączonego do cewnika. Kropla po kropli. Jaki lekarz by się tak poświecił? Doczekałam do chwili, aż więcej płynu wydalał, niż przyjmował. I wiedziałam, że tę noc przeżyje.

    Kolejny z absurdów. Na całym świecie, w każdym szpitalu i na każdym oddziale, rury do respiratorów powinny być jednorazowe. Zużyta? Won do kosza. A u nas takie rury są dezynfekowane. Szpital wydaje ogromne pieniądze na środki, które i tak w stu procentach nie zdezynfekują takiej rury. I ktoś się tym przejmuje? Nie. Rury pcha się kolejnym chorym, którzy przejmują kolejne bakterie. Pewnego dnia mówię do Henia: "Dzióbku, zostań chwilę sam. Ja tylko buchnę papieroska". Wracam po kilku minutach, a on fioletowy. Wyrwałam mu tą rurę, a tam filtr zapchany. Nic dziwnego - rura już wysłużona. Gdybym ja na tym papierosku posiedziała dłużej, to on by się udusił, a ja do nikogo nie mogłam mieć pretensji. Na całym oddziale były dwie pielęgniarki, które zajmowały się innym pacjentem. Taki system. Dudek już się wybudzał, już był półprzytomny. A takie coś spowodowało, że trzeba było od początku o niego walczyć. Kolejny raz.

    Kiedy walczyłam o Henia, byłam na zwolnieniach lekarskich, ale zawaliłam kilka spraw. Nie stawiałam się jako biegła sądowa na rozprawy. Musiałam za to płacić grzywny. Sądy tego nie rozumiały, że ja, Rydzewska-Dudek, mam w nosie termin sądowy. Żyłam tylko tym, czy na drugi dzień zobaczę męża żywego.

    Po pięciu miesiącach woziłam już męża na wózku inwalidzkim po szpitalu. Każdy lekarz otwierał oczy. Nikt nie wierzył, że się nam uda. Dudek siedział i w rękach tak pionowo trzymał gałązkę świeżej lipy. Kiedy już na stałe został odłączony od respiratora, powiedziałam do profesora prowadzącego: - Czas do domu.

    Z OIOM-u do domu

    Kilka tygodni później dowiedziałam się, że jak zabierałam męża do domu, to anestezjolodzy robili zakłady o to, ile Dudek przeżyje w domu. Najśmielsi dawali dwa tygodnie. A ja przetrwałam dwa miesiące, z czego trzy tygodnie byłam zupełnie sama.

    Przecież w Białymstoku nie ma oddziału opieki długoterminowej, a w hospicjum jest dwadzieścia miejsc. W blisko trzystutysięcznym mieście. Wysyłano nas do Moniek, Sokółki. To przecież absurd. Gdy zabrałam go do domu, poszłam do opieki społecznej i poprosiłam o pielęgniarkę. Takiego wała. Za daleko mieszkam - usłyszałam, i żadna dojeżdżać nie będzie. Poszłam do swojego rejonu - przychodnia jest dwie ulice dalej. Pielęgniarkę? Pomoc domową? Nie należy się.

    Wynajęłam opiekunkę, kobietę do domu, musiałam wykupić dodatkowe świadczenia. Żyłam od kroplówki do kroplówki. Pierwsza o szóstej rano, ostatnia o drugiej w nocy. Łapałam sen po 15 minut.

    Koncepcja była taka, żeby w warunkach domowych zwalczyć dwie bakterie. Gdyby to się udało, dziś bylibyśmy z Dudkiem szczęśliwi.

    Kolejne dno... Tak jak u Wysockiego: kolejne dno i kolejne dno... Więc moje było takie: W ostatnich tygodniach życia, mimo że pchałam w te kroplówki wszystko, co się da - osiem posiłków dziennie - papki z jaj przepiórczych, łososia, tuńczyka, cielęciny, jagnięciny - same najlepsze rzeczy - Dudek niknął w oczach. Wyglądał jak ofiara Holocaustu. Mój kolega w końcu ukradł dwa worki żywieniowe ze swego oddziału. Ale nie miały właściwych parametrów. Poradził mi, żeby pójść do chirurgów jamy brzusznej, bo oni mają dobre formuły. Poszłam. Szef kliniki na urlopie, mój kolega z roku, który tam pracował, w Stanach. Mówię jednemu lekarzowi, jak jest. Błagam: Pożyczcie, sprzedajcie, dajcie. Niknie mi w oczach, nie dam rady go odżywić. Nic. Beton. Mur. Bez szefa decyzji nie podejmą. Kropka. Niech umiera.

    Parę tygodni temu przez przypadek zaszłam na chirurgię jamy brzusznej. Stałam w sekretariacie. Patrzę, drzwi do gabinetu profesora otwarte. Jak to ja - wsadziłam głowę. Patrzę, siedzi przystojny mężczyzna. Pytam, czy pan profesor to pan profesor? On mówi: "Tak, to ja".

    I pytam go, jak by to było, gdyby pan nie był wtedy na urlopie? On mówi: "Chłopak był do wyjęcia. Trzeba było wzmocnić, odżywić, zwalczyć infekcję i żyłby długo i szczęśliwie". Dostałabym ten cholerny worek. Ja tak siedziałam, płakałam i po chwili powiedziałam: "Panie profesorze, proszę mnie jeszcze raz nie zabijać. Dudek umarł raz, a ja umierałam za każdym razem, kiedy waliłam głową w mur i kiedy walczyłam z tą tak zwaną służbą zdrowia".

    Raz w tygodniu trzeba było badać posiew. Kiedy po raz kolejny zaniosłam go do NZO-zu akademickiego, usłyszałam, że trochę za częste te badania i panie ich robić nie będą. Kiedy przez szereg lat ani ja, ani mój mąż nie korzystaliśmy z usług przychodni - byliśmy dobrymi pacjentami, bo bez wysiłku fundusz płacił za nas pieniądze. O jeden posiew za dużo - już zły pacjent, nie dobry. Znowu uruchamianie znajomości. Badania raz w tygodniu były robione po cichu, w wielkiej tajemnicy.

    Lekarstwa, których mój mąż nie zużył, bo nie zdążył, zaniosłam do hospicjum. A lekarka mówi: "Nie mogę przyjąć. Nam nie wolno takich rzeczy stosować. Gdyby dowiedział się fundusz, że ja mojemu podopiecznemu podaję takie lekarstwo, poniosłabym straszne konsekwencje". Osiem ampułek cansidasa - każda po trzy tysiące złotych - 24 tysiące złotych won. Ha, ha, ha. Bo takiego preparatu nie można podać choremu w hospicjum, bo fundusz płaci za to, że w hospicjum ludzie umierają, a nie dochodzą do siebie. To już nie jest służba zdrowia. To jest menedżering, monitoring, konsulting, jakiś dupesing. Liczą się punkty, srunkty. Zapomina się o istocie służby. To jest służba. My, lekarze, przysięgaliśmy, a ten system zamienił nas w buchalterów.

    Ostatni pocałunek

    To był dziwny wieczór. Wróciłam z pracy i wiedziałam, że jest z nim bardzo źle, i byłam zupełnie, ale to zupełnie bezradna. Lekarz pozwolił na pobudzenie podawać mu czerwone wytrawne winko. Tego wieczoru wypił tak z pięćdziesiątkę. Ja się roześmiałam. Heniu - mówię - świat się kończy. Ty nigdy nie lubiłeś czerwonego wina, wina w ogóle. Raczej gorzałkę. Wszyscy poszli spać, a ja usiadłam przy Heniu. Zapaliłam świeczkę, żeby taki nastrój był, muzyczka. To nie było tak, że był w oddzielnym pokoju, gdzieś na poddaszu, zamknięty i zapomniany. Leżał na dole w salonie, który przedzieliłam dwiema kotarami. Wszyscy byliśmy razem.

    Mamy psa Kufla, który był bardzo ciekawski. Chciał za wszelką cenę wiedzieć, co się dzieje z Dudkiem. Kładł łeb mu na łóżku i pilnował, żeby się krzywda panu nie działa. Dudek był świadomy. Porozumiewaliśmy się oczami. Ja zadawałam pytanie - on na "tak" zamykał oczy raz, na "nie" - dwa razy. Tamtego wieczoru tak sobie pogadaliśmy. Pocałowałam go. Była godzina pierwsza. Poszłam się położyć. Kinga (dziewczyna mojego syna) wstała o trzeciej nad ranem, bo chciało się jej pić. Przybiegła do mnie i mówi: "To chyba koniec". Pobiegłam.

    Tak. Nie żył.

    Znam się na umarlakach. Zbadałam go wstępnie i udało mi się ustalić, że umarł dosłownie chwilę po moim wyjściu, a nie tak, jak jest papierach, że około trzeciej.

    Może specjalnie się tak przyczaił. Gdybym była przy tym, może bym jeszcze raz go uratowała, może karetka, może cokolwiek. A on już nie chciał żyć... Był zmęczony.

    To było 28 sierpnia 2007 r.

    Ludzie, obudźcie się

    Jestem lekarzem i przez to było mi cholernie trudno. Przeciętny szary człowiek może tylko stać i patrzyć. I jak chory się dusi, a lekarz mu mówi, że ćwiczy oddech, to może tylko stać i czekać, aż się zadusi.

    Więcej cierpiałam, bo umiałam ocenić znaczenie każdego faktu. Zdawałam sobie sprawę z zagrożeń. Przeżyłam tak siedem miesięcy.

    Dudek nie żyje. Umarł jako świadomy człowiek pokonany przez dwie bakterie - pseudomonas i candidę - córy szpitalnej nędzy. Takich jak on na oddziałach jest wielu.

    Zaangażowałam się ostatnio w budzenie jednego chorego. Oczywiście po wielkich perypetiach. Idzie powoli, ale skutecznie. Ile ja bym dała, żeby choć raz Heniek tak przytomnie na mnie spojrzał, jak Lechu patrzy na swoją żonę i na mnie.

    Trafiam do chorych, bo jestem w bliskim kontakcie z odziałem, na którym leżał Dudek. Zaprzyjaźniłam się z pielęgniarkami. Od czasu do czasu coś im przynoszę. Tak! Uprawiam korupcję. Kupuję ciasta, truskawki. Napijemy się kawy, powspominamy, pogadamy. One podpowiadają mi, tam jest taki chory, a tam taki. Podchodzę do kogoś z rodzin i jak taki anioł szepczę do ucha. On potrzebuje rehabilitacji, trzeba z nim pracować, ćwiczyć.

    Agnieszka Domanowska ("Gazeta Wyborcza", 29.10.2008.)

Strona główna